„Na pustyni stało dziecko nieświadome jego
obecności. Jego oddech był trucizną, istnym piekłem i jadem. Skradał się po
miękkim piasku ze sztyletem w jednej dłoni, a w drugiej niósł list. Dziecko
krzykiem wrzasnęło, przeszyte ostrzem złowrogim, po czym na piasek spłynęła
ciepła jeszcze krew. Zadowolił się tym więc, i odszedł on na zawsze.”
Zaczęłam
wrzeszczeć. Próbowałam się opanować, ale nie mogłam. Łzy ciekły mi po pysku
strumieniami. Krzyczałam i szarpałam się na wszystkie strony. Ze strachem
otworzyłam oczy. Byłam w swojej jaskini. To wszystko, co przed chwilą się stało
było snem- najzwyklejszym w świecie snem. Szybko wstałam i bez zbędnego
przeciągania sprawy wyszłam z jaskini. Zaczęłam biec truchtem. Chciałam przejść
się po lesie, a potem zajść nad urwisko. Skierowałam swe kroki na leśną alejkę.
Zaczęłam rozmyślać o moim śnie. Co to w ogóle było?! Jakiś chory ten sen. Nic
nie rozumiałam- jaki ON? I co to za dziecko? Oraz finałowe pytanie- DLACZEGO NA
PUSTYNI, w dodatku SZAREJ?! Rozmyślania zajęły mi ok. 15 minut, bo tyle szło
się nad urwisko. A tam właśnie się znalazłam, kiedy przestałam rozmyślać. Jak
zwykle stanęłam na samym koniuszku kamiennej skarpy i zaczęłam się rozglądać.
Dziś wyjątkowo nie było mgły. Nagle w oddali zobaczyłam ląd- małą, pokrytą w
całości popiołem lub szarym piaskiem wysepkę. Musiałam się tam dostać, lecz
najpierw opracować plan. Z założenia nie mogłam używać tam mocy- tak zazwyczaj
było na takich wysepkach. Czyli magia całkowicie odpada. Niestety, moją wadą
było to, że nie byłam zbyt kreatywna. Godzinami męczyłam się nad tym, jak tam
dojść, popłynąć bądź polecieć. I wtedy wpadłam na wprost genialny plan. Zrobię
mini- katapultę z jakiegoś giętkiego drzewa. Czyli tak:
1. Najpierw znaleźć drzewo- z tym problemu nie
miałam. Wystarczyła młoda brzoza rosnąca 20 metrów ode mnie.
2. Liny lub sznurki- tutaj musiałam się już
wysilić. Sama musiałam je upleść z mocnej trawy bądź z włókien jednego z rzadkich
kwiatów- Dębowych Łez. Na szczęście, mocna trawa rosła tuż pod moimi łapami.
3. Ktoś lub coś musiało nagiąć mi drzewo i
przymocować je sznurkami do podłoża. Tu się przydało moje wcielenie- Diany,
Pogardy Księżyca. Musiałam tylko naskoczyć na giętki pień i mocno przywiązać go
do małego krzaczka.
Kiedy już wszystko było przygotowane,
wygodnie usiadłam na brzozie i przecięłam sznur. Drzewo odgięło się w swój
normalny kształt, „katapultując” mnie wysoko w górę. Wzniosłam się wysoko ponad
chmury. Czułam się jak ptak- wolna i nieskrępowana ziemią. Lot trwał dosyć długo
i bez żadnych komplikacji. Wiadome komplikacje zaczęły się przy lądowaniu. Chciałam
jak najłagodniej osiąść na ziemi. Tym czasem runęłam na nią jak jakiś meteor.- Po tym upadku… to… będą sińce!-
mruknęłam do siebie zadowolona, jednocześnie zwijając się z bólu. Stałam
właśnie na szarym pustkowiu- szarej pustyni.
Tu i ówdzie można było dostrzec
wyschnięte drzewa wyrastające niczym z popiołu. Słońce przysłonięte było gęstą
powłoką z dymu lub szarej mgły. W mojej głowie kłębiły się czarne myśli, o
mojej niedoczekanej egzekucji oraz o śnie… No właśnie, sen! Dostałam wtedy
nagłego olśnienia.
- Przecież, pustynia!- krzyknęłam
sama do siebie. Tak, w śnie można było dostrzec, że pustynia była szara. Czyli,
że sen był proroczy? Nie zastanawiając się ani chwili, postanowiłam rozejrzeć
się po wyspie. Ruszyła żwawym krokiem przed siebie. Widziałam to, co przedtem-
wyschnięte drzewa i mgłę. Nagle zza horyzontu wyłoniła się postać, szara i tajemnicza
jak wyspa. Zaczęłam do niej biec. Chciałam się dowiedzieć, skąd jest i co wie o
tym pustkowiu. Biegłam za dziwną kreaturą jeszcze pewnie z 30 minut, gdy nagle…
Stanęłam jak wryta. Przede mną rozpościerał się las, okropny i ciemny las.
~""~
Sam busz
budził we mnie ciekawość i chęć wyeksplorowania go, lecz także strach. Ja, bać
się? To nienaturalne. Małymi krokami weszłam do mrocznego lasu. Było tam
dziwnie cicho, co jakiś czas słyszałam tylko ciche szmery wiatru. Nic więcej.
Ze wszystkich stron otaczał mnie właśnie on (czyli las). Powoli mijałam
wielkie, wyschnięte drzewa. Wokół czuć było złą aurę. Po paru minutach marszu
stanęłam, aby odetchnąć. Spojrzałam przed siebie, i zobaczyłam... Zobaczyłam
wielki i szary dom. Na pewno opuszczony.
- Cholera…- szepnęłam.
Znałam ten dom, nawet zbyt dobrze. To tam straciłam wzrok na jedno oko, to tam
spełniają się wszelakie nieszczęścia. Pierwszym odruchem, jaki zrobiłam było
najeżenie sierści i prychnięcie- jak kot. Czasami miałam takie momenty, kiedy
zachowywałam się jak dzikus. Naprawdę, to były najśmieszniejsze momenty mojego
życia, kiedy traciłam panowanie nad sobą i z krzykiem biegałam jak opętana.
Naturalnie, ciągle zachowując się jak kot
- Koniec
rozmyślań!- skarciłam się, po czym weszłam do opuszczonej willi. Kiedy tylko
przekroczyłam róg, czułam, że cała drżę. Wszystko, przez te okropne widoki.
Podłoga była cała umazana krwią, a ze starej kuchni unosiła się woń padliny.
Nawet nie chciałam myśleć, co tam jest! Szłam przez długi korytarz jeszcze parę
minut, gdy nagle przede mną pojawił się ogromny i poniekąd okrągły pokój,
pewnie pokój dzienny. Na środku niego siedziała postać- ta sama, którą goniłam
jeszcze w lesie. Teraz mogłam się jej dokładnie przyjrzeć. Była wilkiem, pewnie
mojego wieku (lub starsza). Jej całe ciało pokrywało czarne futro. Gdzieniegdzie
było widać rany- głębokie i okropne, bo wystawały z nich kości i mięśnie, które
były już lekko nadgniłe. Wadera obróciła się do mnie. Najstraszniejsza była
jednak jej twarz- nie miała na niej skóry, widać było tylko kości oraz
zaschniętą krew. Po bokach czaszki świeciły czerwone, mroczne oczy, które z
nienawiścią patrzyły na mnie.
- Znowu się
spotykamy- stęknęła kreatura. Fakt, POZNAŁYŚMY się i spotkałyśmy, ale około 2
godziny temu! Czy gdybym ja poznała kogoś 2 godziny temu i nie widziałabym go przez
godzinę to powiedziałabym do niego „ZNOWU się spotykamy”?! To nawet logiczne
nie jest!
- Gadaj,
czego chcesz!- wrzasnęłam- Nie mam ochoty na pogaduchy. Po chwili żałowałam
swojej „odpowiedzi”. Wilk, właściwie wilczyca, bo mówiła głosem żeńskim, podniosła
mnie mocą i zaczęła dusić.
- Zamknij
się, i odpowiedz na jedno proste pytanie- ile ty masz do cholery żyć?!-
krzyknęła samica. A po co to jej do wiadomości? Mam już trzecie, no i co? Czy
to coś istotnego? Kiwnęłam głową, na
znak odmowy posłuszeństwa.
- Zadałam
pytanie!- krzyknęła po raz drugi- Nie zgrywaj twardzielki Ilunatsuna, bo to i
tak twój koniec jest bliski… Odpowiedz! Tego było za wiele. Natychmiast
wyszarpnęłam się z objęć niewidzialnej mocy i położyłam wilczycę na łopatki.
- Teraz
jestem Aerlinn!- zaśmiałam się tryumfalnie. Samica spojrzała na mnie, po czym
bez trudu przewróciła mnie i z uśmiechem na pysku wstała.
- Widzę, że
wiele się nauczyłaś- powiedziała wadera. Podała mi łapę i pomogła wstać. Z
lekkim zdziwieniem na twarzy przyjęłam ofertę pomocy. Kiedy wstałam, spytałam
się jej, kim jest.
- Ja?
Ilunatsuno, JA jestem twoim koszmarem, twoją drogą, twoim utrapieniem i
samotnością…- szeptem powiedziała. Nawet nie zdążyłam nic dodać, a ona jakby
rozpłynęła się w powietrzu. Do tego, po 3 sekundach ziemia zaczęła osuwać się
spod moich łap! Cicho westchnęłam i dałam się wciągnąć w wir powstały pode mną.
Otworzyłam oczy. Leżałam na drzewie, zwisając głową w dół. Zeskoczyłam na piasek.
Z trudem rozpoznałam, że jestem koło swej jaskini. Czułam się zmęczona i
wyczerpana. Położyłam się na piaskowej wydmie, po czym z zaskakującą szybkością
zasnęłam.