poniedziałek, 22 grudnia 2014

Wyspa Popiołów

„Na pustyni stało dziecko nieświadome jego obecności. Jego oddech był trucizną, istnym piekłem i jadem. Skradał się po miękkim piasku ze sztyletem w jednej dłoni, a w drugiej niósł list. Dziecko krzykiem wrzasnęło, przeszyte ostrzem złowrogim, po czym na piasek spłynęła ciepła jeszcze krew. Zadowolił się tym więc, i odszedł on na zawsze.”

Zaczęłam wrzeszczeć. Próbowałam się opanować, ale nie mogłam. Łzy ciekły mi po pysku strumieniami. Krzyczałam i szarpałam się na wszystkie strony. Ze strachem otworzyłam oczy. Byłam w swojej jaskini. To wszystko, co przed chwilą się stało było snem- najzwyklejszym w świecie snem. Szybko wstałam i bez zbędnego przeciągania sprawy wyszłam z jaskini. Zaczęłam biec truchtem. Chciałam przejść się po lesie, a potem zajść nad urwisko. Skierowałam swe kroki na leśną alejkę. Zaczęłam rozmyślać o moim śnie. Co to w ogóle było?! Jakiś chory ten sen. Nic nie rozumiałam- jaki ON? I co to za dziecko? Oraz finałowe pytanie- DLACZEGO NA PUSTYNI, w dodatku SZAREJ?! Rozmyślania zajęły mi ok. 15 minut, bo tyle szło się nad urwisko. A tam właśnie się znalazłam, kiedy przestałam rozmyślać. Jak zwykle stanęłam na samym koniuszku kamiennej skarpy i zaczęłam się rozglądać. Dziś wyjątkowo nie było mgły. Nagle w oddali zobaczyłam ląd- małą, pokrytą w całości popiołem lub szarym piaskiem wysepkę. Musiałam się tam dostać, lecz najpierw opracować plan. Z założenia nie mogłam używać tam mocy- tak zazwyczaj było na takich wysepkach. Czyli magia całkowicie odpada. Niestety, moją wadą było to, że nie byłam zbyt kreatywna. Godzinami męczyłam się nad tym, jak tam dojść, popłynąć bądź polecieć. I wtedy wpadłam na wprost genialny plan. Zrobię mini- katapultę z jakiegoś giętkiego drzewa. Czyli tak:
1.        Najpierw znaleźć drzewo- z tym problemu nie miałam. Wystarczyła młoda brzoza rosnąca 20 metrów ode mnie. 
2.       Liny lub sznurki- tutaj musiałam się już wysilić. Sama musiałam je upleść z mocnej trawy bądź z włókien jednego z rzadkich kwiatów- Dębowych Łez. Na szczęście, mocna trawa rosła tuż pod moimi łapami.
3.       Ktoś lub coś musiało nagiąć mi drzewo i przymocować je sznurkami do podłoża. Tu się przydało moje wcielenie- Diany, Pogardy Księżyca. Musiałam tylko naskoczyć na giętki pień i mocno przywiązać go do małego krzaczka.
Kiedy już wszystko było przygotowane, wygodnie usiadłam na brzozie i przecięłam sznur. Drzewo odgięło się w swój normalny kształt, „katapultując” mnie wysoko w górę. Wzniosłam się wysoko ponad chmury. Czułam się jak ptak- wolna i nieskrępowana ziemią. Lot trwał dosyć długo i bez żadnych komplikacji. Wiadome komplikacje zaczęły się przy lądowaniu. Chciałam jak najłagodniej osiąść na ziemi. Tym czasem runęłam na nią jak jakiś meteor.- Po tym upadku… to… będą sińce!- mruknęłam do siebie zadowolona, jednocześnie zwijając się z bólu. Stałam właśnie na szarym pustkowiu- szarej pustyni.
Tu i ówdzie można było dostrzec wyschnięte drzewa wyrastające niczym z popiołu. Słońce przysłonięte było gęstą powłoką z dymu lub szarej mgły. W mojej głowie kłębiły się czarne myśli, o mojej niedoczekanej egzekucji oraz o śnie… No właśnie, sen! Dostałam wtedy nagłego olśnienia.
- Przecież, pustynia!- krzyknęłam sama do siebie. Tak, w śnie można było dostrzec, że pustynia była szara. Czyli, że sen był proroczy? Nie zastanawiając się ani chwili, postanowiłam rozejrzeć się po wyspie. Ruszyła żwawym krokiem przed siebie. Widziałam to, co przedtem- wyschnięte drzewa i mgłę. Nagle zza horyzontu wyłoniła się postać, szara i tajemnicza jak wyspa. Zaczęłam do niej biec. Chciałam się dowiedzieć, skąd jest i co wie o tym pustkowiu. Biegłam za dziwną kreaturą jeszcze pewnie z 30 minut, gdy nagle… Stanęłam jak wryta. Przede mną rozpościerał się las, okropny i ciemny las.
 ~""~
Sam busz budził we mnie ciekawość i chęć wyeksplorowania go, lecz także strach. Ja, bać się? To nienaturalne. Małymi krokami weszłam do mrocznego lasu. Było tam dziwnie cicho, co jakiś czas słyszałam tylko ciche szmery wiatru. Nic więcej. Ze wszystkich stron otaczał mnie właśnie on (czyli las). Powoli mijałam wielkie, wyschnięte drzewa. Wokół czuć było złą aurę. Po paru minutach marszu stanęłam, aby odetchnąć. Spojrzałam przed siebie, i zobaczyłam... Zobaczyłam wielki i szary dom. Na pewno opuszczony.
- Cholera…- szepnęłam. Znałam ten dom, nawet zbyt dobrze. To tam straciłam wzrok na jedno oko, to tam spełniają się wszelakie nieszczęścia. Pierwszym odruchem, jaki zrobiłam było najeżenie sierści i prychnięcie- jak kot. Czasami miałam takie momenty, kiedy zachowywałam się jak dzikus. Naprawdę, to były najśmieszniejsze momenty mojego życia, kiedy traciłam panowanie nad sobą i z krzykiem biegałam jak opętana. Naturalnie, ciągle zachowując się jak kot
- Koniec rozmyślań!- skarciłam się, po czym weszłam do opuszczonej willi. Kiedy tylko przekroczyłam róg, czułam, że cała drżę. Wszystko, przez te okropne widoki. Podłoga była cała umazana krwią, a ze starej kuchni unosiła się woń padliny. Nawet nie chciałam myśleć, co tam jest! Szłam przez długi korytarz jeszcze parę minut, gdy nagle przede mną pojawił się ogromny i poniekąd okrągły pokój, pewnie pokój dzienny. Na środku niego siedziała postać- ta sama, którą goniłam jeszcze w lesie. Teraz mogłam się jej dokładnie przyjrzeć. Była wilkiem, pewnie mojego wieku (lub starsza). Jej całe ciało pokrywało czarne futro. Gdzieniegdzie było widać rany- głębokie i okropne, bo wystawały z nich kości i mięśnie, które były już lekko nadgniłe. Wadera obróciła się do mnie. Najstraszniejsza była jednak jej twarz- nie miała na niej skóry, widać było tylko kości oraz zaschniętą krew. Po bokach czaszki świeciły czerwone, mroczne oczy, które z nienawiścią patrzyły na mnie.
- Znowu się spotykamy- stęknęła kreatura. Fakt, POZNAŁYŚMY się i spotkałyśmy, ale około 2 godziny temu! Czy gdybym ja poznała kogoś 2 godziny temu i nie widziałabym go przez godzinę to powiedziałabym do niego „ZNOWU się spotykamy”?! To nawet logiczne nie jest!
- Gadaj, czego chcesz!- wrzasnęłam- Nie mam ochoty na pogaduchy. Po chwili żałowałam swojej „odpowiedzi”. Wilk, właściwie wilczyca, bo mówiła głosem żeńskim, podniosła mnie mocą i zaczęła dusić.
- Zamknij się, i odpowiedz na jedno proste pytanie- ile ty masz do cholery żyć?!- krzyknęła samica. A po co to jej do wiadomości? Mam już trzecie, no i co? Czy to coś istotnego?  Kiwnęłam głową, na znak odmowy posłuszeństwa.
- Zadałam pytanie!- krzyknęła po raz drugi- Nie zgrywaj twardzielki Ilunatsuna, bo to i tak twój koniec jest bliski… Odpowiedz! Tego było za wiele. Natychmiast wyszarpnęłam się z objęć niewidzialnej mocy i położyłam wilczycę na łopatki.
- Teraz jestem Aerlinn!- zaśmiałam się tryumfalnie. Samica spojrzała na mnie, po czym bez trudu przewróciła mnie i z uśmiechem na pysku wstała.
- Widzę, że wiele się nauczyłaś- powiedziała wadera. Podała mi łapę i pomogła wstać. Z lekkim zdziwieniem na twarzy przyjęłam ofertę pomocy. Kiedy wstałam, spytałam się jej, kim jest.
- Ja? Ilunatsuno, JA jestem twoim koszmarem, twoją drogą, twoim utrapieniem i samotnością…- szeptem powiedziała. Nawet nie zdążyłam nic dodać, a ona jakby rozpłynęła się w powietrzu. Do tego, po 3 sekundach ziemia zaczęła osuwać się spod moich łap! Cicho westchnęłam i dałam się wciągnąć w wir powstały pode mną. Otworzyłam oczy. Leżałam na drzewie, zwisając głową w dół. Zeskoczyłam na piasek. Z trudem rozpoznałam, że jestem koło swej jaskini. Czułam się zmęczona i wyczerpana. Położyłam się na piaskowej wydmie, po czym z zaskakującą szybkością zasnęłam.

Pierwsza część opowiadania napisanego kiedyś na prędce na watahę. Mam nadzieję, że się Wam spodoba, ponieważ może zamieszczę jeszcze parę takich opowiadań.
*Cahan

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz